31 października 2014

Kotem być?

ja mam obiekcje, tak - łatwo je łączę z odwagą, 
czasem się czuję tak, jakbym tu wpadł na rekolekcje nago. 
*
Nie wiem, jak Wy, ale ja często myślę sobie, że chciałabym być sprytna. Sprytna, operatywna, przebiegła - oczywiście w pozytywnym tych słów znaczeniu. Taką postawę zawsze prezentowały według mnie koty, dlatego dzisiejszy wpis wsparłam zdjęciami kotki z mojego sąsiedztwa. Wracając do tematu - naprawdę chciałabym czasem wykazać się "kocim" charakterem.


Zawsze ceniłam ludzi, którzy umieją sobie poradzić w różnych sytuacjach i sprowadzić ich finał na korzystny dla siebie samych. Ja nigdy nie miałam takich umiejętności, ani cech, dlatego to zjawisko jest mi obce. Muszę przyznać - zazdrościłam wielokrotnie komuś tego, że potrafi sobie tak sprytnie poradzić z jakimiś problemami problemami, a ja niestety nie...


Operatywność też jest obcą mi cechą. Oczywiście - ciapą nie jestem (skromność!), poradzić sobie umiem i nie opóźniłabym zbawiennego marszu na Syberii, ale mimo wszystko wydaje mi się, że i tak jakoś brak mi sprytu i przebiegłości. Rzadko kiedy prawidłowo przewidzę ewentualne skutki jakiejś decyzji w przyszłości, a później pozostaje mi tylko usiąść i się załamać. Naprawdę!


Pozostaje mi więc tylko od czasu do czasu się na siebie pożalić, zacząć kochać koty za ich nieoceniony spryt i chyba poprosić o wskazówki moich sprytnych znajomych. Chociaż po napisaniu tego posta... Chyba nie widzę siebie w skórze sprytnej czarownicy, próbującej zawładnąć światem! ;) Oj, kto wie...


27 października 2014

Nietykalni...

mnie nie porównuj do siebie - to mnie obraża,
jesteś zerem, "Burkiem" na łańcuchu u gospodarza.
*
Podobny wpis już pisałam tutaj, ale chyba warto poruszyć tę kwestię w nieco innym świetle. :)
Czy tylko mnie irytują ludzie, którym nie można nic powiedzieć? Chodzi mi tutaj o taką sytuację, gdy nie możemy zażartować, nakrzyczeć, postawić do pionu - cokolwiek - bo ktoś jest zbyt "delikatny". Owszem, nie mówię, żeby sobie oczywiście robić z kogoś żarty ciągle, wyszydzać, wyśmiewać i lekceważyć, ale jak dla mnie tacy ludzie, którzy są "nietykalni" pod względem adresowanych do nich słów chyba nie mieliby ze mną lekko...


Jestem osobą, która zwykle nie krzyczy na nikogo, staram się wszystko osiągać stanowczością, ale ze spokojem. Czasami jednak zdarza mi się kogoś po prostu opieprzyć, bo nie podoba mi się jakieś nieludzkie czy negatywne zachowanie tej osoby. W takich chwilach mówię zwyczajnie to, co myślę i - uwierzcie mi - nie przebieram w słowach. Wiązałoby się to zatem z tym, że ta "delikatna" osoba po prostu... No nie wiem. Zwariowałaby, rozpłakałaby się, cokolwiek.


Irytują mnie tacy ludzie i nie boję się moich słów. Wiem, że są ostre, ale naprawdę tak jest. Sama mam do siebie spory dystans. Nie wymagam od każdego człowieka, by śmiał się z siebie do granic (a może i bez nich), ale czasami warto przymrużyć oko na to, o czym ktoś żartuje lub właśnie wziąć sobie do serca to, w jakich słowach nas opiernicza. 


A Wy? Jesteście tacy "nietykalni"? Czy macie w swoim otoczeniu takich ludzi? :)


24 października 2014

Krempna!

wziąłem więcej darów, niż składali Jezusowi,
wziąłem więcej hajsu, niż dali Salomonowi.
*
Kolejny post podróżniczy przed Wami - tym razem wyprawa do Krempnej - miejscowości, która jest oddalona od mojego Jasła tylko o 35 km, więc nietrudno zgadnąć, że wybieramy się tam z rodzicami dosyć często. Bardzo lubię tę miejscowość i gdy tylko nie mamy pomysłu na to, gdzie by wyskoczyć w słoneczne niedzielne popołudnie - od razu wybieramy Krempną.


Pomyślicie sobie: "Kurczę, znów zdjęcia wody? To nie było w poście kilka dni temu?". Otóż - nie! W Krempnej uwielbiam przede wszystkim co? Rzekę! Tak, może brzmi to niezbyt twórczo i podróżniczo, ale naprawdę warto zostać Wam jeszcze chwilkę ze mną i dobrnąć do końca tego postu - dowiecie się, dlaczego ta rzeka jest tak dla mnie ciekawa.


Uwielbiam te skały (kamienie, głazy, cokolwiek...)! Uwielbiam się na nich odpowiednio usadzić i obserwować płynącą wodę, obmyślać nowe sesje czy po prostu poleniuchować. Na pierwszy rzut oka może nie wydają Wam się one zbyt wygodne, ale naprawdę - pozory mylą! Na zdjęciu wyżej widzicie moje ulubione miejsce, czyli oczywiście... sam szczyt! :)


Rzeka jest bardzo wartka i miejscami mocno usiana kamieniami - no jak to z rzekami górskimi bywa. Oczywiście woda jest lodowata nawet w środku lata i tego nie ma co kryć, ale mi to jakoś zbytnio nie przeszkadza. Bardzo podoba mi się to, że jest tak wiele wodnych "wodospadów", jak ja to nazywam. Ładnie się prezentują łącznie z tymi ostrymi skałami z poprzedniego zdjęcia.


Poniższe zdjęcie ogromnie mi się podoba i szczerze mówiąc sama nie wiem czemu, ale możliwe, że to dzięki tym świetlnym "przebłyskom" i "łunom", które możemy zaobserwować w czystej wodzie, gdy mamy słoneczną pogodę. Jak widzicie - woda w tej rzece jest naprawdę bardzo czysta i to jest jej kolejny plus.


Poniższe zdjęcie pochodzi z balustrady mostu nad rzeką. Tak, to już ostatni element, jeśli chodzi o moje zachwalanie tej rzeki. Most też jest świetny. Niestety, nie posiadam ujęcia w całości tego obiektu, bo zapomniałam go zrobić. Taka jestem ciapa!


Ostatnim zdjęciem jest jeden z widoków po drodze do Krempnej - a właściwie na samym wyjeździe z niej. Musicie przyznać, że ta miejscowość żegna się z nami pięknie i naprawdę chce się wrócić tam znów! Wreszcie udało mi się zrobić takie ujęcie, bo zanosiłam się na to od dawna, a zawsze jakoś albo przegapiłam to miejsce, albo zwyczajnie zapomniałam zrobić zdjęcia. :)


19 października 2014

Chi.

jestem tu, w mieście Łódź,
choć chciałbyś mnie zepchnąć ze sceny, 
podrzuć mi więcej kłód, nie pęknę na pół, 
to pewne - nie mnie sprzątać będą z areny.
*
Pierwszy i dotychczas ostatni raz płytę opisywałam przy okazji krążka Zeusa. Postanowiłam wrócić do tej formy, bo nawet trochę się za tym stęskniłam i z racji tego, że dawno nie było posta w tym stylu, może on obecnie urozmaicić trochę mojego bloga. Tym razem "pod aparat" wzięłam płytę Leszka "Eldo" Kaźmierczaka - pod tytułem "Chi".


Okładka płyty bardzo mi się podoba. Połączone na niej zostały nietypowe kolory - fiolet, róż, czerń i wszelkie ich odcienie. Do opracowania design'u całej płyty wykorzystano sesję zdjęciową rapera, której jedno ze zdjęć widzimy już na okładce. Jest to takie ujęcie, które naprawdę mocno do mnie przemawia i według mnie świetnie opisuje emocje artysty.



Zarówno na otwarciu, (zdjęcie u góry) jak i na grzbiecie (zdjęcie na dole) płyty mamy jej tytuł i autora. Nie muszę chyba podkreślać, że jest to bardzo komfortowe dla kolekcjonera, bo na półce wszystko ładnie widać, do kogo należy płyta i jaki jest jej tytuł. 


Po otworzeniu pudełka widzimy coś od rapera dla fana (po lewej stronie) i oczywiście to, o co jest cały "raban" - płytę z muzyką - po prawej. Znów, tak jak przy Zeusie, no nią zajmiemy się najpierw. :)


No i znów genialne zdjęcie! Gdy otworzyłam pudełko, to ono najpierw zwróciło moją uwagę. Dodatkowo to, że zostało utrzymane w kolorystyce czarno-białej nadaje mu ogromnego charakteru. Kolejna fotografia z sesji, ukazująca niejako rutynę koncertową Eldoki. Dodatkowo widzimy przezrocze litery "X", która jest symbolem tego krążka.


Gdy wyciągniemy płytę z jej tradycyjnego miejsca zobaczymy to samo zdjęcie Leszka, ale już bez przezrocza literki "X", także na wewnętrznej stronie okładki. Szczerze powiedziawszy - niewielu artystów zamieszcza w tej części jakieś zdjęcie. Przeważnie jest to jednokolorowe pole, by płyta była dobrze widoczna, a tutaj widać naprawdę świetny efekt. 


Na "lewej" stronie płyty nie zostały wytłoczone żadne słowa, co w zasadzie też rzadko się zdarza. Najmniej "wylewni" artyści decydują się tutaj chociażby na rok wydania krążka. Tutaj nic, null, zero.


Wspominałam już o niejako "upominku" dla nas, kupujących, od rapera. Na początku myślałam, że to książeczka. Jednak... no myliłam się. Widzimy kolejne zdjęcie, linki do kont społecznościowych rapera i spis osób, które miały jakiś udział w produkcji płyty. Dalej jest ciekawiej... ;)


TADAM! Moje myśli były całkowicie skierowane ku książeczce, a tutaj widzimy plakat! Znów, tym razem większe, linki do stron społecznościowych, wydawnictwo i patronat, tytuł płyty, a także okładka płyty i strona "tytułowa" całego plakatu.


Myślałam, że to już koniec, ale takie rzeczy nie z Leszkiem! Coś mnie podkusiło, by odwrócić plakat na drugą stronę i poniżej widzicie to, co ujrzałam! Druga strona pokryta jest notatkami artysty, które pokazują teksty piosenek jeszcze w ich surowej formie. Takie kserokopie notatek Eldoki naprawdę tworzą klimat.



Zostały także w te notatki włączone różne grafiki dotyczące rapera - wyżej widzimy logo jednej z jego starszych płyt ("Nie pytaj mnie o nią"), a poniżej kolejne zdjęcie z sesji koncertowej wykorzystanej przy "Chi", tym razem w formie skanu.



Pierwotne wersje kawałków, które znajdują się na płycie możemy sobie odczytać z notatek, które pokrywają całą drugą stronę plakatu (zdjęcie wyżej). Bardzo podoba mi się ta inicjatywa. Z kolei na zdjęciu poniżej możemy zobaczyć jeden z wielu luźnych zapisków, które też znajdują się na tej stronie plakatu.


Dotarliśmy tym sposobem już do końca. Na tyle płyty znajdziemy ostatnie zdjęcie, które zostało wykorzystane na płycie, widzimy oczywiście tytuł krążka, artystę, a także listę numerów, które możemy znaleźć na płycie i je odsłuchać. Znajdziemy loga partnerów płyty, oczywiście kod kreskowy i zastrzeżenia praw.


Jeszcze zbliżenie na zdjęcie... (czy nie mówiłam już, że kocham tę sesję?)


I zbliżenie na patronów/wydawców krążka.


Płytę tę kupiłam dwa dni po jej premierze, w maju 2014 roku. Urzekła mnie jej kolorystyka i klimat. Oczywiście muzyka bije wszystkich na kolana, ponieważ takiego poety wśród raperów obecnie już nie znajdziemy, oczywiście poza samym Leszkiem. Jeżeli macie możliwość kupna tej płyty, to zachęcam! Sprawdźcie, przesłuchajcie... :)


16 października 2014

Kropelki wczoraj i dziś.

śmieszą mnie Wasze idee, dla mnie to jest parodia, 
jestem z przyszłości - Wam bliżej do wynalezienia ognia.
*
Pamiętam jeszcze najodleglejsze czasy mojej przygody z fotografowaniem - w podstawówce. Z perspektywy czasu wydaje mi się to już być prehistorią, ale gdy pomyślę dłużej, to aż tak dawno to znów nie było. :) W czwartej klasie podstawówki zaczynałam interesować się fotografią. Biegałam po ogrodzie i robiłam zdjęcia kwiatkom (do teraz niewiele się zmieniło w tej kwestii :P). I najbardziej lubiłam robić zdjęcia kroplom.


W tamtym czasie miałam swojego photobloga, na którym wrzucałam swoje bardzo, bardzo amatorskie zdjęcia. Kiedy ostatnio przeglądałam tę stronę to niewiele zdjęć prezentowało cokolwiek innego, niż krople, deszcz i w ogóle takie "wodne" przedstawienia. :) Na długi czas porzuciłam takie fotografie, bo w zasadzie miałam ich już dość. Zaczęły wydawać mi się monotonne i nie widziałam już w nich nic ciekawego.


Na szczęście ostatnio znów odkryłam w nich nowe piękno! Taka przerwa od nich dobrze mi zrobiła, bo znów zachwyciłam się tym malutkim, wodnym światem i niesamowitą gamą barw, którą światło pięknie eksponuje w tych kropelkach. Naprawdę dobrze mi zrobił taki spacer wśród traw po deszczu! 


Cieszę się, że zrobiłam sobie taki powrót do tych zdjęć po dłuższej rozłące. Oczywiście nie zamierzam wrócić znów do fotografowania kropel sto razy na sto jeden, ale cóż - warto czasem zrobić sobie taki powrót do prehistorii! Naprawdę polecam Wam takie odkurzenie starych zdjęć, bo może nowe światło pomoże Wam je znów pokochać. :)


12 października 2014

Zapomniałam...

nie wystarczy wypowiadać wściekle tysięcy słów,
nie wystarczy już obrać jednej z miliona dróg.
*
Z racji tego, że rzadko są jakieś posty dotyczące mnie, a chciałabym, byście znali mnie jak najlepiej tylko mogę na to pozwolić, to postanowiłam zrobić dzisiaj taki post. Wspomogą mnie w nim zdjęcia, o których jakoś tak zapomniałam i przeleżały w folderze kupę czasu. No właśnie - zapomniałam...


Jestem okropnie zapominalska! Jeżeli sobie czegoś nie zapiszę, to nie ma możliwości, bym to zapamiętała. A jak możecie się domyślić z własnego życia - nie zawsze możemy wszystko sobie dokładnie zapisać i sprecyzować. Naprawdę ciężko mi jest cokolwiek zapamiętać (i nie chodzi o naukę...na całe szczęście - chociaż to), gdy sobie tego nie zanotuję czy nie wbiję w łeb w ten sposób, że zwyczajnie myślę o tym na każdym kroku.


Często, gdy mama poleci mi coś do zrobienia, ja skupiam się na tej myśli, że muszę to zrobić, a w efekcie jednak o tym zapominam. Mama przychodzi i pyta czy załatwiłam daną sprawę, a ja mogę tylko klepnąć się w czoło i zapluć w brodę. No bo.. ZAPOMNIAŁAM! Nie pomagają mi żadne fiszki, kolorowe karteczki, jarzące się milionem odblaskowych barw, że aż łeb boli. Nic mi na to nie działa!


Oddałabym wszystko, by móc pamiętać najważniejsze rzeczy i nie musieć pluć sobie w brodę, że znów zapomniałam, znów zawaliłam, znów jestem do bani. Często bywa tak, że czegoś zapomnę i później muszę gonić z czasem, bo na przykład zapomniałam zrobić zarysu pracy na plastykę, a już jutro lekcja.


A Wy jesteście zapominalscy? Znajdę tutaj jakąś bratnią duszę pod tym względem? :D


dla mnie Eldo to jest pewna marka, jeśli chodzi o rap. chciałam Wam tym ostatnim zdjęciem przedstawić różnicę w cenach płyt wykonawcy - Ed'a Sheeran'a i właśnie warszawskiego rapera. hah, różnica czterdziestu pięciu złotych... miałabym trzy rapowe krążki, nie ma jak tak!

8 października 2014

Krynica Zdrój - gdzie jedliśmy?

blizny uczą nas
milczeć.
*
Po dojechaniu na miejsce, po tradycyjnym spacerku, po wszystkim przyszedł czas na... Jedzenie! No tak, to była chyba moja ulubiona część tej wycieczki. :)
Nie wiem dokładnie, gdzie jedliśmy, bo zwyczajnie tego nie pamiętam, ale postaram się Wam jak najlepiej przybliżyć to miejsce. Gdy kiedykolwiek będziecie w Krynicy Zdroju, to na pewno je rozpoznacie!


Oczywiście musiałam sfotografować tamtejsze kwiaty. Niby nic takiego, ale przepięknie się prezentowały i naprawdę bardzo umilały czas spędzony na oczekiwaniu na jedzenie. Tyle kolorów, tyle odmian... Aż się w głowie kręci!


Pierwsze doszło moje picie. Przyjemnie się było ochłodzić taką coca-colą prosto z lodówki! :) No i naturalnie poniżej kolejna porcja kwiatów. No przepiękne, czyż nie?

No i doszły "procenty" moich rodziców. :D Głównie zrobiłam to zdjęcie dla kufla. Urzekła mnie ta nazwa "Mały Żubr", bo faktycznie - rozmiar piwa określany był e menu jako "małe". :)



Komplet napojów. Wszystkie schłodzone, wszystkie dobrze nam smakują i wszyscy są bardzo zadowoleni. A wyżej paragon, z którego może uda Wam się odczytać nazwę knajpki, choć bardziej skupiłam ostrość na podziękowaniach i zaproszeniu ponownie.


Na każdym stoliku była przepiękna dekoracja w postaci miseczki wypełnionej wodą i różnymi powkładanymi w to kwiatami. Na zdjęciu niżej jest akurat coś w rodzaju słonecznika, ale były także róże czy malwy. Wyglądało to naprawdę bajecznie i uroczo. Przez dłuższy czas nie mogłam oderwać od nich wzroku i aparatu! :)


Doszło jedzonko moich rodziców. Kiełbaski, ketchup, chlebek, musztarda. No i napoje. :D


Po krótkim czasie doczekałam się też ja. Frytki + ketchup, nic nadzwyczajnego. Ale w smaku... Poezja! Naprawdę polecam Wam to miejsce, jeśli kiedykolwiek tam się znajdziecie. Moi rodzice też byli bardzo zadowoleni, więc naprawdę musicie odwiedzić tę knajpkę. :)

Coś jeszcze z Krynicy? Czy nie? :D